Zdecydował Pan o podjęciu się tak odpowiedzialnego i zarazem wielkiego dzieła, jakim było zaprojektowanie nowej dzielnicy, pracując w Danii. Co skłoniło Pana do porzucenia kariery na Zachodzie?
Większa kariera w Polsce. W 1971 r. kończyłem w Danii drugi rok pracy, kiedy dostałem list. Umarł Ludwik Borawski szef zespołu, który wygrał konkurs na projekt Ursynowa Północnego dla 38 tysięcy mieszkańców. Zostało dwóch bardzo zdolnych młodych architektów, którzy nie mieli uprawnień do samodzielnego projektowania - Andrzej Szkop i Jerzy Szczepanik-Dzikowski, który wówczas jeszcze nie ukończył studiów. Napisali do mnie list, prosząc o kierowanie zespołem. Dołączyli też rysunek wizji Ursynowa, dzięki której wygrali konkurs architektoniczny. Zgodziłem się pod warunkiem, że wszystko zaczynamy od nowa, według zasad „koncentracji liniowej”.
Czyli?
W 1968 roku w zespole siedmiu architektów brałem udział w konkursie zorganizowanym przez Ministerstwo Budownictwa. Mieliśmy pokazać, czy z elementów produkowanych przez fabryki domów można zbudować całe miasto. Podeszliśmy do tego bardzo poważnie. Zależało nam, aby przestrzeń miejska była dostosowana do rzeczywistości społecznej, przyrodniczej i technicznej. Tak powstała „koncentracja liniowa”, w jej myśl projektowaliśmy "miasto w mieście". Zarówno wtedy, jak i teraz uważam, że to opracowanie było nie tylko polskim, ale i światowym wybitnym osiągnięciem.
Na czym polegało nowatorstwo tego rozwiązania?
Przede wszystkim, w sposób autentyczny tworzyło syntezę ówczesnych urbanistycznych myśli i osiągnięć humanistycznych oraz technicznych. Jako pierwsi zaczęliśmy w urbanistyce stosować pojęcie "Natura i Kultura". Do dziś jest ono podstawą mojej pracy.
Koledzy zgodzili się na stworzenie od zera koncepcji Ursynowa i wrócił Pan do Polski...
Początkowo tylko na próbę, ale zaproponowano mi stanowisko generalnego projektanta, to była wtedy najwyższa pozycja dla architekta. Mój jedenastoosobowy zespół składał się, o czym wówczas nie wiedziałem, z dzieci osób bardzo dobrze ustawionych w strukturach partyjnych. Był między innymi Piotrek Wicha, syn ministra spraw wewnętrznych, Andrzej Szkop, syn wiceministra oświaty. Wszyscy mieli solidne zaplecze rodzinne, aczkolwiek jako grupa młodych i niezależnych ludzi była opozycjonistami w stosunku do rodziców.
Buntowali się?
Klasycznie. Włodek Witaszewski był synem słynnego generała Kazimierza Witaszewskiego, znanego jako "gazrurka" (od gazrurek, którymi należałoby, jego zdaniem, bić tzw. rewizjonistów - dop. redakcja). Ojciec rozpędzał młodzież podczas protestów przed Politechniką, w tym... własnego syna. To są sprawy, których, powiem to ze wstydem, wtedy nie zauważałem. Przyjechałem realizować ideę „koncentracji liniowej” i skupiłem się, by zespół sprawnie pracował. Duch, jaki wtedy panował w zespole, przekonanie, że projektujemy coś niezwykłego, stanowił największe spoiwo.

powyżej: spacer z Markiem Budzyńskim po północnym Ursynowie, zorganizowany w ramach III Festiwalu Otwartych Mieszkań, przez warszawski oddział Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Spacerowicze w miejscu zaprojektowanym przez prof. Budzyńskiego - w kompleksie budynków przy Pasażu Ursynowskim
Współpracował Pan nie tylko z architektami.
W socjalizmie też wszystko było podzielone na branże, ale architekci, inżynierowie, instalatorzy pracowali w jednym biurze, pod zwierzchnictwem wykonawcy. To było trudne. Współdziałanie wielu profesji w kształtowaniu przestrzeni dla potrzeb życia pozwoliło na Ursynowie zastosować koncentrację liniową. Wówczas nie mówiło się o tym pięknie, ale o tym, że mamy tak przestrzeń zorganizować, żeby całe życie dobrze się w niej toczyło. Na Ursynowie Północnym podstawową ideą było zrównoważenie miejsc pracy i zamieszkania, czyli zbudowanie miasta w mieście.
Co jest charakterystyczne dla tej idei?
Jednoczesność realizacji wszystkich funkcji miasta. Jego funkcji w odpowiednich relacjach. Na Ursynowie zaprojektowaliśmy to jako jedna przestrzeń z trzema ciągami. Pieszy, wzdłuż niego budowano wszystkie obiekty oraz ciąg komunikacji kołowej i ciąg zieleni. Udało się to zrobić na Jarach. Te ciągi tworzą sieć ulic wzajemnie się krzyżujących, prowadzących do stacji metra, powiązane z ciągiem handlowo-usługowym.
Potrzebne były też żłobki, przedszkola szkoły...
Byłem w Danii w okresie reformy tamtejszej oświaty, gdy wróciłem do Polski, na początku lat 70., tu też pracowano nad zmianami. Profesor Szczepański zaimplementował moją propozycję. Prosty duński schemat. Przedszkole połączone z czterema klasami szkoły podstawowej, potem szkoła podstawowa do 10. klasy i dwuletnia ponadpodstawowa. W 1977 r. pierwsza szkoła elementarna połączona z przedszkolem powstała na Ursynowie przy ulicy Puszczyka 6. Problem polegał na tym, że wówczas żyło tu już ponad 30 tysięcy ludzi.
Idea rozminęła się z socjalistyczną rzeczywistością...
To była dramatyczna sytuacja. Brak metra, ogromne problemy z komunikacją, wszędzie błoto i zamiast dwunastu, jedna szkoła. Partia zrezygnowała z reformy, nowy dyrektor dostał zadanie umieszczenia w ursynowskiej szkole jak najwięcej dzieci. W rezultacie uczyły się na cztery zmiany, ostatnia zaczynała się chyba o 18:00.
Ten czas wspominam jako coś przerażającego. Jedzie jakiś smok, coś buduje i choć szanowano nasz projekt, nie mam na to wszystko żadnego wpływu! Domy powstawały z prefabrykatów, wymagających ogromnych dźwigów, ciężkiego transportu. Wielkie naczepy samochodowe ciągnięte przez traktory jeździły nad budowaną podziemną infrastrukturą. Pamiętam, jak zdenerwowany dyrektor budowy nakazał zasypać wykop, a były tam już ułożone gołe rury ciepłownicze, żeby mógł przejechać transport prefabrykatów. Absolutny absurd! Inna historia... Siedzimy w baraku, są dziennikarze i jeden z obecnych dygnitarzy partyjnych melduje, że budynek numer taki a taki stoi, choć jeszcze nawet wykopów pod niego nie było!

powyżej: jeden z rysunków pasażu handlowo-usługowego w koncepcji "koncentracji liniowej". Większość z tych założeń pozostała na papierze
Powoli jednak sytuacja się zmieniała.
Żyło tutaj około 30 tysięcy ludzi i to oni zaczęli wywierać presję, wielu miało wpływowe kontakty. Na Ursynowie jako pierwsi otrzymali mieszkania ludzie w jakimś sensie znaczący dla ówczesnego układu politycznego. Nie tylko partyjni, ale dużo wojskowych, z MSW, bardzo dużo artystów, naukowców. Owszem mieli mieszkania, ale nie mogli kupić bułki, bo nie było sklepów. Tak wyglądały pierwsze dwa lata, potem sytuacja zaczęła się zmieniać, były nie tylko sklepy, ale też zbudowano drogi, pojawiły się autobusy, a po latach metro.
Wiele lat temu mieszkańcy ul. Puszczyka 18a walczyli o ocalenie przed wycinką starej akacji. Mówili, że specjalnie dla tego drzewa przesunął Pan w projekcie blok, bliżej ul. Surowieckiego. Tak było?
Tak, zespół to zrobił. Ursynów był budowany na zasadzie współdziałania natury i kultury. Ważna była przestrzeń dla życia, a rośliny są w niej konieczne. Wszystkie domy miały być obsadzone bluszczem, żeby były żywe i różniły się od siebie. Po latach zdecydowano o ociepleniu budynków i trzeba było tę zieleń zerwać. To jest zrozumiałe, ale grunt, z którego wyrastały rośliny, został niestety zabetonowany. Wówczas pierwszy raz przekonałem się, że ludzie w bardzo dużym stopniu nienawidzą zieleni, ona przeszkadza, liście spadają, ptaki śpiewają. Słowem, same kłopoty.
Projekt zakładał powstanie miasta w mieście, ale przez długie lata Ursynów był nazywany sypialnią Warszawy. Bolało to Pana?
Tak, i to bardzo. Program zakładał wdrożenie wszystkich funkcji niezbędnych do życia w mieście, łącznie z miejscami pracy. Niestety zbudowano tylko mieszkania, parę sklepików i trzy szkoły.
Dzielnica ma już prawie 50 lat, a mieszkańcy nowe problemy. Jednym z nich jest brak miejsc parkingowych...
Ursynów Północny był projektowany jak na tamte czasy perspektywicznie, z niesłychanym wyprzedzeniem - że będzie 150 samochodów na tysiąc mieszkańców. Niestety nie zostały zrealizowane wszystkie zaplanowane parkingi wielopoziomowe, tymczasem dzisiaj w Warszawie mamy 700 samochodów na tysiąc mieszkańców, a na Ursynowie może więcej. To spowodowało, że wewnętrzne osiedlowe uliczki zamieniły się w parkingi.
Jest jeszcze problem z grodzeniem. Coraz więcej osiedli stawia szlabany, słupki, zamyka się przed innymi.
My stawialiśmy na otwartą strukturę przestrzeni miejskiej. Naszej, wspólnej, a nie tylko mojej. Mówiąc tylko "moje", nie ma miasta!

powyżej: koniec lat 70. XX wieku, jeszcze bez alei KEN. Widok na budujący się Dom Sztuki, za nim (żółte parterowe budynki) tymczasowe pawilony handlowe. Marek Budzyński nie pozwolił, by postawić je wgłąb osiedla, chciał mieć pewność, że znikną, dlatego umieścił je na środku przyszłej alei KEN - wspominał współprojektant Ursynowa, architekt Włodzimierz Witaszewski, autor zdjęcia.
Ciekawa jestem Pana opinii na temat obecnego wyglądu i funkcjonalności alei KEN. Brał Pan udział w jej projektowaniu.
Około 1979 roku, gdy kończyło się wielkie budowanie, w miejscu alei była ogromna pustka zwana „dziurą”, wypełniona resztkami z budowy. Początkowo miała tam być dwujezdniowa droga z czterema pasami ruchu w każdą stronę. Szerokość między liniami zabudowy wynosiła 110 metrów. Ja załatwiłem zlecenie na projekt obudowy al. KEN. Zaprojektowaliśmy dwie jezdnie po 7 metrów, miało być też wiele akcesji utrudniających przejazd, a co za tym idzie tranzyt przez Ursynów. Miała to być lokalna droga. Realizację utrudniał jednak wybudowany ogromny wodociąg i zbliżenia ulicy do jezdni nie dało się zrealizować. W pierwotnym planie było też prawie 30 wieżowców przy al. KEN, nie tylko mieszkaniowych, ale z powierzchnią biurową. Nie dało się ich zbudować ze względu na ówczesną strukturę konstrukcyjną. A teraz nikt nie ma woli.
Przy al. KEN stoi też inne Pana ursynowskie dzieło, kościół Wniebowstąpienia Pańskiego.
W 1980 roku przyszedł do mnie proboszcz ks. Tadeusz Wojdat. Zlecił mi zaprojektowanie kościoła, poprosił też o pomoc w znalezieniu lokalizacji. W naszych planach nie było działki pod budowę kościoła. Wprawdzie był wielki teren, który się nadawał, ale zaczęto tam już budować pierwszy element ciągu usługowo-handlowego, czyli targowisko. Opatrzność boska spowodowała, że w sąsiedztwie zamieszkał wpływowy członek partii i nie chciał mieć targowiska przed swoimi oknami. Dzięki temu działka została przeznaczona pod budowę kościoła.
W marcu dostałem zlecenie, ale projektowanie mi nie szło, brakowało weny. Wreszcie w sierpniu 1980 roku wyjechałem z synem na Hel. Tam w namiocie dużo pracowałem i wróciłem do Warszawy z gotowym pomysłem. Dziś plac, który jest przy kościele, uważam za swoje największe osobiste osiągnięcie. On świetnie funkcjonuje, pełni wszystkie funkcje placu miejskiego w kategoriach historycznych, a to oznacza, że projekt był dobry.

powyżej: 1981 rok, teren budowy kościoła Wniebowstąpienia Pańskiego, arch. M. Budzyński, źródło: Parafia Wniebowstąpienia Pańskiego
Jak ocenia Pan Ursynów z perspektywy mieszkańca. Dobrze się tutaj żyje?
To zależy komu. Dla mnie, starszego pana z rodziną, małymi dziećmi to idealne miejsce. Trudno sobie wymyślić lepsze. Jest dość gęsto, a jednocześnie dużo zieleni. Większość elementów obsługujących podstawowe potrzeby jest dobra. Brakuje miejsc pracy, do których trzeba jeździć poza dzielnicę.
Dziękuję za rozmowę.
Marek Budzyński - architekt i urbanista, profesor nauk technicznych. Autor i współautor wielu projektów m.in. Zakładów Azotowych we Włocławku, osiedla Ursynów Północny, kościoła Wniebowstąpienia Pańskiego przy al. KEN, zespołu mieszkaniowego SBM Ursynów (ul. Herbsta 2-Pasaż Ursynowski 7/9), gmachu Sądu Najwyższego w Warszawie, gmachu Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie, Opery i Filharmonii Podlaskiej, kampusu Uniwersytetu w Białymstoku.
WYWIAD Z ARCHIWUM HALOURSYNOW.PL
mądra jola12:36, 10.01.2026
Dzięki Niemu mieszkam tu już 30 lat, i nie zamienię na nic innego !🙂
Tubylec16:12, 10.01.2026
Wspomnienia są zawsze kolorowe...
Paulo16:04, 10.01.2026
Chyba mam dejavu... Chodzi mi o obrazki. Mam dziwne wrażenie, że projekty pana Marka widziałem już w "Poradniku dla użytkowników mieszkań", wydanym w PRL-u. Może się mylę? Jeśli tak, to proszę mnie poprawić...
ZOM wyrzuca firmę odśnieżającą Ursynów i sypie karami
W styczniu 1979 to mieszkańcy pomagali odśnieżać, ale dzisiaj paniska czekają na innych, tylko chętnych do takiej roboty brakuje. A ci co wygrali przetarg na odśnieżanie liczyli na łagodną zimę, jak w ubiegłym roku, ale się przeliczyli. Więc ruszmy z łopatami na pomoc dzielnicy - Burmistrz na czele!
sylwek
23:26, 2026-01-10
ZOM wyrzuca firmę odśnieżającą Ursynów i sypie karami
Nie chodzi tylko o same opóźnienia, ale również o skuteczność tego odśnieżania. Z moich obserwacji czasami jest to jazda pługiem na czas po chodniku. Trochę śniegu to odgarnie, a ubitą resztę rozkopują koła. Wiele osób o ograniczonej sprawności ruchowej dalej nie może skorzystać z takiego chodnika. W innych wypadkach, jak na KEN, jest wąski pas chodnika odśnieżony, a reszta zaśnieżona. Cieszy natomiast, że miasto w ogóle zauważa problem, bo całymi latami był on ignorowany.
_
22:19, 2026-01-10
ZOM wyrzuca firmę odśnieżającą Ursynów i sypie karami
gdyby Ktoś miał potrzebę na SOR lub chciałby poćwiczyć przed utrzymaniem się na odśnieżonej baumie to w domku inpostu przy Dereniowej można spróbować: nawet cztery łapy z pazurami się rozjeżdżają
Ciapek2
18:55, 2026-01-10
ZOM wyrzuca firmę odśnieżającą Ursynów i sypie karami
czemu w Niemczech zakaz stosowania soli na chodnikach, a my wnosimy do mieszkań? Czyżby zabawki z ciężką chemią bardzo smakowały dzieciom?
Ciapek
16:12, 2026-01-10